Schola „KEFAS”

Próby scholi odbywają się  w piątki o godz. 19.00 w salce w dolnym kościele


 

 

 

Świadectwo I

Moje doświadczenie bycia we wspólnocie dotyczy parafialnej scholii „Kefas” i grupy modlitewnej „Odnowa w Duchu Świętym”, w których wraz z innymi osobami, posługuję śpiewem i grą na gitarze. Będąc w tych wspólnotach czuję, że jestem we właściwym miejscu i czasie, że Bóg jest w tym, co robię, czego doświadczam i to jest najpiękniejsze. Poprzez moją posługę mogę Bogu odpowiedzieć na Jego Miłość – moją małą, słabą, ludzką miłością, że mogę rozwijać to, co Bóg włożył w moje serce, w moje ręce talent, pasję, zamiłowanie, tak jak potrafię. W tym, co robię doświadczam Boga, Jego obecności w ludziach, wśród których jestem, w tym jak mnie prowadzi, jak ze mną zwyczajnie Jest. Nie zawsze jest pięknie i kolorowo, czasem wręcz na odwrót. Już w tak krótkim czasie mojego posługiwania Bogu w drugim człowieku pojawiło się tak wiele trudności, doświadczeń, przychodziło zniechęcenie, aby to zostawić, by dać sobie spokój, bo to wszystko jest trudne z ludzkiego punktu widzenia. Wiedziałam jednak, że jest w tym Bóg, że On chce abym tak właśnie Mu służyła, że On czuwa nad wszystkim, patrzy, że przyjmuje moją niedoskonałą służbę miłości. Od samego początku chciałam, aby to Jego wola się stała, aby to On wybrał czas i miejsce, abym ja mogła, potrafiła to przyjąć. Mimo różnych, przykrych czasem doświadczeń Bóg był i jest, odczuwałam Jego pomoc poprzez ludzi, których mi dawał i daje, dzięki którym mogłam i mogę się rozwijać, którzy czasem nawet nie zdając sobie z tego sprawy, byli dla mnie światłem w ciemności. Zawsze wtedy towarzyszyły mi słowa – „Jeśli Bóg z nami któż przeciwko nam?”. Niejednokrotnie pojawiały się pragnienia by być tą jedyną zauważoną, docenioną przez innych, zazdrość, gdy inni robią coś lepiej, lęk przed publicznym otwieraniem się, przed oceną, krytyką. Takie zwykłe ludzkie pragnienia i słabości, które przeszkadzają, które trzeba pokonywać wciąż na nowo, aby to Bóg był tym, który sprawia, który inspiruje, który prowadzi. Trudności nauczyły mnie i uczą nieustannie pokonywania najpierw zła, które jest we mnie, słabości, ograniczeń, później akceptowania ludzi, wśród których jestem z ich wadami, słabościami i wreszcie Bóg uczy mnie kochać i znajdować Go właśnie w tych ludziach. W chwilach próby, kiedy mówiłam Bogu, że odchodzę, czułam, jak Bóg mówił mi: „Nie odchodź, tylko kochaj mnie w tych ludziach, których ci daję”. Każdy z nas jest inny i trzeba zgodzić się na tę różnorodność, i z niej czerpać siły. Trzeba mi nieustannie otwierać się na drugiego człowieka, uczyć się współpracy, bo jest to przecież wspólne dzieło.

Bycie we wspólnocie daje mi poczucie radości i bliskości drugiego człowieka, wymaga stałego rozwoju – zarówno duchowego jak i umysłowego, dokształcania się, aby nie stać w miejscu, przede wszystkim otwierania się na Boga i na to, co On chce mi dać bym mogła służyć. Wiem, że z moich słabości Bóg wyciąga dobro, że „moc w słabości się doskonali”, że wszystko to staje się błogosławieństwem, że Bóg mnie w ten sposób uczy i kształtuje. To, co mam, pochodzi od Boga jest Jego darem. Ja chciałabym tylko tego nie zmarnować, a wręcz przeciwnie rozwinąć, jak w biblijnej przypowieści o talentach, aby kiedyś Bóg mógł do mnie powiedzieć „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana” (Mt 25, 21). Bóg widzi moje zaangażowanie, zna moje serce, On wie jak dla mnie jest to ważne, ile mnie to kosztuje, a jeśli przychodzi mi coś z trudnością, jeśli jest to okupione walką, jeśli nie jest tak łatwo i szybko, to ma to tym większą wartość dla Niego i dla mnie. Dzięki temu potrafię docenić to, co uda mi się z Bożą pomocą wypracować, pokonać, doświadczyć. Muzyka, śpiew otwiera mnie na Boga, na człowieka, to mój sposób, aby wyrazić to, co niewyrażalne, czego nie da się powiedzieć słowami.

Chciałabym, by moja posługa dawała również radość innym ludziom, aby ich przybliżała do Boga, pomagała się modlić, otwierać na Jezusa. Dla mnie bycie zarówno w grupie modlitewnej jak i scholi jest całością, wzajemnym dopełnieniem, nie da się tego rozdzielić. Podczas wspólnych modlitw, zwłaszcza podczas modlitwy wstawienniczej, gdy kilka osób modli się nade mną odczuwam ich troskę, zaangażowanie. Oni tak, jak potrafią, wstawiają się za mną do Boga, proszą, modlą się. Jest to piękne doświadczenie. Wspólnota daje siłę, uczy cierpliwości w słuchaniu, w akceptowaniu innych, w ich odmienności, słabości, a dzięki chwilom spędzonym na dzieleniu się tym, co każdy przeżywa można się ubogacić czyimś życiem, doświadczaniem Boga w codziennym życiu, w radościach i smutkach. Wzrasta wtedy wiara, miłość, ufność, że Bóg Jest, że działa, że żyje tu i teraz, jest nieskończenie obecny, że kocha nie tylko mnie, ale również drugiego człowieka, który jest obok mnie, którego ja również powinnam kochać. Na koniec dziękuję Bogu za wszystko, co do tej pory dane mi było przeżyć i doświadczyć, za ludzi, których stawia na mojej drodze.

Bogu niech będzie chwała.

Małgorzata

 

Świadectwo II

Śpiew i muzyka to mój żywioł, tu czuję się jak ryba w wodzie i nigdy nie mam dość. Ale był taki czas w moim życiu, kiedy muzyka była moim bogiem. Wystarczała mi za cały świat i myślałam, że nikogo i niczego nie potrzebuję. Bardzo chciałam śpiewać dla Pana Boga, nawet powstała taka mała scholka, jednak wszystko dość szybko się rozpadło.

Bóg jest Bogiem zazdrosnym i pragnie nas całych dla siebie. Ja stawiałam na pierwszym miejscu muzykę, a dopiero potem był Bóg.

Mijały lata, mój świat się przewartościował, „odkryłam” Boga jako Żywego i Prawdziwego, Obecnego w moim życiu. Oddałam Mu siebie, swoje życie i już chciałam być tylko z Nim. Świat muzyki odpłynął na dalszy plan, choć nie przestałam lubić śpiewać i słuchać. Czasami zapraszano mnie do śpiewu w naszej parafialnej scholii. Przychodziłam, pomagałam, a potem odchodziła, nie czułam się „scholistką”. Dopiero w 1999r. dałam się namówić na stałą pracę w scholii. Był to równocześnie szczytowy punkt jej rozwoju. Wokal i instrumenty brzmiały i współbrzmiały wspaniale. Byliśmy tak zgrani, że z marszu mogliśmy nagrywać płyty, jeździć na koncerty,. Podziwiano nas i trochę ta „sława” uderzyła nam do głowy. Część osób chciała „zdobywać” świat, a część uważała, że służba parafii to podstawa. Wtedy nastąpił rozłam i rozpad scholii. Ze wspaniałej grupy została nas garstka. Najlepsze głosy odeszły, cały zespół instrumentalny też. Mogłoby się wydawać, że nastąpi całkowita klapa i koniec, ale Pan Bóg pokazał nam, że to Jego dzieło i On chce, żeby istniało. Od nas chciał tylko wierności, a skoro ją miał, zaczęły się dziać rzeczy dla nas dziwne i nie do uwierzenia. Nasz „ubogi” śpiew był tak samo gorąco przyjmowany, jak przed rozłamem scholii. Mówią nam, że śpiewamy „tak jakoś …”, a niektórzy precyzowali: ”w waszym śpiewie jest sacrum, to nie jest śpiew dla śpiewu, ale modlitwa”.

A my trwamy wiernie, modlimy się i śpiewamy z głębi serca dla Pana!